28 wrzesień 2019

Quentin Tarantino: Pewnego razu... w Hollywood - Recenzja

W znacznie ciekawszej i lepszej niż Pewnego razu... w Hollywood, Drugiej stronie wiatru, a więc innym filmie orbitującym wokół amerykańskiej branży rozrywkowej, jej protagonista - podstarzały oraz przebrzmiały reżyser J.J. „Jake” Hannaford, mówi: „Cóż, w porządku jest zapożyczać od innych. Nigdy nie wolno wszak zapożyczać nam od siebie samych”. Gdyż w swoim najnowszym dictum Quentin Tarantino nie uznaje tej lekcji, ponosi porażkę.
Koronawirus
pomorskie
553
zobacz mapę / szczegóły
REKLAMA
Spojlery.

Kluczową oraz jedyną istotną nowością Pewnego razu... w Hollywood - wobec poprzednich wypowiedzi twórcy Jackie Brown - jest fakt, iż obraz pozbawiony jest głównego wątku.

Zamiast niego, tożsamo do bodaj Rio Bravo czy Uczniowskiej balangi, Tarantino skupia się na postaciach i ich powszednim życiu; tworząc w procesie swój „hang-out movie”. Choć wszak akcja filmu toczy się w fabryce snów anno Domini 1969, zaskakuje on swoim brakiem animuszu; jak głosi wnikliwe rozumowanie z Kafki nad morzem Haruki Mukaramiego: „W moim życiu jest może miejsce na nudę, ale nie na znużenie”.

W teorii pierwsze dwie godziny Pewnego razu... nie powinny wzbudzać pejoratywnego poczucia à la splin.  Śledzenie losów aktora-Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio) oraz jego dublera-Cliffa Bootha (Brad Pitt), jest wszak niemal żadną przyjemnością. Film jest, albowiem zwyczajnie nudny. W uzyskaniu jakiejkolwiek energii nie pomaga mu „chwytliwy” temat „rodziny Mansona”. Scenarzysta Prawdziwego romansu zdaje się boć nie mieć żadnej ciekawości względem komuny. Nie interesuje go: co? jak? i dlaczego? Przez to jakakolwiek interakcja, kogokolwiek z kultem, jest nieciekawa. Gdyby zastąpić go innym, wymyślonym, nie miałoby to znaczenia - nie robiło żadnej różnicy. Z uwagi na fakt, że cały obraz ślizga się po powierzchni wszystkich ukazywanych w nim tematów, powiedzenie, iż  jest płytki i pusty, nie jest, stąd,  nie na miejscu.

Formalnie też nie jest dobrze. (Zwłaszcza jak na Tarantino). Oglądając czy to długą sekwencję na „Spahn Ranch” - gdzie Cliff konfrontuje się z „familią Mansona” - czy to nie mniej długawą serię scen, w jakiej Rick kręci pilot serialu-westernu Lancer, trudno nie patrzeć na zegarek. Spotkanie kaskadera z „grupą” na farmie jest zwłaszcza nieudane. Mimo że twórca Wściekłych psów inscenizuje i montuje epizod, jak horror, jego suspens nigdy nie jest bliski, choćby tego z początku Bękartów wojny. Ergo nie wyobrażam sobie oglądać ten fragment po raz drugi, i dowolnie się nim emocjonować (skądinąd mierne dialogi towarzyszące całości też nie pomagają).

Oglądając Pewnego razu... w Hollywood nie da się nie zauważyć, iż na  produkcję dictum przeznaczono mnóstwo pieniędzy (ok. 100 milionów dolarów). Pomimo atoli, że oprawa plastyczna filmu wzbudza pierw uśmiech na twarzy, szybko traci swą bitność. Fetyszyzacja samochodów, muzyki, ubrań, filmów oraz seriali czy przedmiotów nie przyciąga uwagi bez końca. Bynajmniej. Gdyż obraz jest niewymownie długi - trwa 161 minut, i nie ma poza tym wiele do zaoferowania, irytuje w trymiga.

Oprócz prezentacji doli Cliffa i Ricka Pewnego razu... zatacza takoż (od czasu do czasu) kręgi wokół postaci Sharon Tate (Margot Robbie), a zatem autentycznej osoby - młodej aktorki, zamordowanej przez członków „gangu Mansona”. Jej figura jawi się w filmie jako symbol niewinności, persona, przed którą kariera stoi otworem. Podobnie jak Ricka Tarantino używa takoż Tate, jako substytutu apoteozy Hollywood. I choć jednorazowo nie ma w tym nic złego, bezbrzeżna gloryfikacja fabryki snów, mierzi. Gdy reżyser Death proof może kwestionować historię filmu, oddaje się jej całkowitej apologii.

Z racji tego, iż Tarantino oczekuje od widza, że zna on historię zabójstw Tate (uznaje je, jak mniema za niezwykle ważne), „wrzuca” sekwencję, ich dotyczącą, ni stąd, ni zowąd. Jako że film nie działa jako narracja, wiedza o nich na niewiele się wszak zdaje. Co więcej, ponieważ twórca Nienawistnej ósemki kolejny raz powtarza się - stosuje następną „revenge fantasy”, w której Cliff i Rick zabijają członków „grupy Mansona”, Pewnego razu... w Hollywood to film mdły. Sam fragment konfrontacji jest zaś od początku do końca farsą i nie ma w nim miejsca na tragizm.

Mówiąc o fabryce snów pośrednio, Tarantino był ciekawszy, niż gdy robi to bezpośrednio: oglądając Pewnego razu... można odnieść bowiem wrażenie, że pomysłodawca Natural Born Killers tak niewymownie hołubi hollywood, że nie jest w stanie orzec o nim nic nieprzychylnego. I dlatego z filmu płynnie przesłanie, które przywodzi mi nam myśl parodystyczny tekst z piosenki Tymona Tymańskiego pt. Jest fajnie: „Jest fajnie, fajnie, naprawdę fajnie, chociaż czasem bywa nie fajnie, jednak z reguły jest całkiem grubo, lubimy to, co lubimy najbardziej”.
PRZECZYTAJ JESZCZE
Koronawirus
pomorskie
553
zobacz mapę / szczegóły
REKLAMA

Kalendarz Wydarzeń / Koncertów / Imprez w Chojnicach