Kocur. 16. „Achtung, Achtung, nadchodzę!”

fot. nadesłane
Była noc. Zwierzęta spały mocnym snem. Ścieżką ukrytą między drzewami biegła zgarbiona zakapturzona postać.
REKLAMA
Chmury gnane wiatrem na chwilę odsłoniły księżyc i srebrzysta poświata ukazała rozglądającego się na boki Borsuka.

Stękając z wysiłku zatrzymał się na środku polany. Zdjął z pleców ciężki worek i wyjął z niego projektor na korbkę, latarkę, zapałki przeciwsztormowe oraz dużą bryłkę bursztynu.

Obiektyw projektora wycelował w kierunku drzew, zakręcił kilka razy korbką i rzucił na gałęzie ukradziony z leśnej biblioteki slajd przedstawiający wyszczerzony w sadystycznym uśmiechu pysk rudego Diabła Tasmańskiego.

-He, he, he, będzie szczerze, a jakże, nie inaczej, będzie bardzo szczerze…

Na swojej grubej, futrzanej szyi zawiesił Borsuk duży, metalowy gwizdek, a nawet dwa, by w razie potrzeby gwizdać na obu.

Uderzając o kamień pokruszył kawałek bursztynu i posypał nim kępę suchej trawy.

-No. Jeszcze tylko zapalę magiczne kadzidełko i urządzę dla wszystkich przedstawienie "światło i dźwięk" – zamruczał zadowolony.

Podobało mu się, że zwierzęta się boją i nie chcą wychodzić nocą, a w Kocurii krążą pogłoski o szpiegach i dywersantach. Ktoś podobno przysięgał na głowę swojej matki, a może na głowę nieżyjącej matki Wyliniałego, że widział na własne ślepia, jak na polanie lądowały obce samoloty z komandosami z dalekich lasów, którzy porozumiewali się w jakichś niezrozumiałych językach i - co najbardziej przerażało - komandosom towarzyszyli Niemcy, bo było słychać jak gadali ze sobą po niemiecku.

-Niech się boją! Niech umierają ze strachu!! To moja autorska wojna hybrydowa - cieszył się Borsuk.

Był dumny, że sprytnie wszystko powymyślał, że jest jak jakiś wszechmocny demiurg. Z lubością wzniecał psychozę strachu, nieufności i lęku przed obcymi, którzy jak wiadomo, mogą przywlec ze sobą jakieś groźne choroby, zabrać las, okraść, a co gorsza, mogą powyjadać wszystkie zapasy.

-Ach, jeszcze trochę i cała Kocuria będzie moja, moja i tylko moja i nie będzie już Kocurii, bo będzie Borussia! – fantazjował podniecony.

A najbardziej rozkoszował się myślą, że raz na zawsze wykluczy Kocura i wygoni go gdzie pieprz rośnie, albo nawet dalej...

A gdyby tak zamknąć Wyliniałego w wariatkowie… Oj tak, oj tak.

Oczyma wyobraźni widział Kocura z pianą na pysku szarpiącego się w kaftanie bezpieczeństwa mocno przypiętego skórzanymi pasami do szpitalnego łóżka.

Ech… jeszcze jakieś elektrowstrząsy by się przydały... to się da załatwić od ręki.
Ja, wielki Borsuk, jestem geniuszem wojny – wykrzyczał w euforii – jestem artystą hybrydowych strategii.

-Uwaga, uwaga, nadchodzę! - zaśmiał się i pokręcił korbką projektora.
Monstrualnie wielkie wyszczerzone zęby Diabła i jego wyłupiaste prawie wilcze ślepia widniejące na konarach drzew, terkot obracającej się korbki i zapach palącego się w trawie bursztynu - spotęgowały grozę, szczególnie, że noc była gęsta i ciemna, a księżyc chudziutki i prawie cały zakryty chmurami.

-Was sys das , ja, ja, was sys das, ogurken i kwas - krzyczał Borsuk raz wysokim, a raz niskim głosem i udawał, że mówi po niemiecku...

Ja, ja, zupa glu, ales zupa glu – he he he.

Gwizdał, kręcił korbką, dymił, sapał, i co jakiś czas wykrzykiwał te swoje niby niemieckie słowa:

-machtung, srachtung, gawarachtung ,gawarici pici pachtung! - rozlegało się na polanie i niosło daleko, aż do wodospadu.

I tak całą noc , aż do świtu...

A potem w jednej chwili zapadła cisza jak makiem zasiał. 
PRZECZYTAJ JESZCZE
Koronawirus
pomorskie
14494
zobacz mapę / szczegóły
REKLAMA

Kalendarz Wydarzeń / Koncertów / Imprez w Chojnicach