REKLAMA
Wędrowali kolejny dzień, gnani instynktem poszukiwania miejsca dla sfory. W tej wędrówce, pozornie monotonnej i męczącej, bez przerwy działo się coś, co odkładało się w jego doświadczeniach jako kolejna warstwa harmonijnych doświadczeń.

Każdego dnia dostrzegał coś, co odzwierciedlało spokojne piękno przyrody, której był częścią. Teraz właśnie lipy przy drodze sprawiały wrażenie, jakby same żyły. Wydawały dźwięki, poruszały się, przyciągały zainteresowanie, napędzane sekretnym życiem pszczół. Wiedział, że ule z pszczołami to miejsce, do którego lepiej się nie zbliżać, ale ten sam dźwięk dochodzący z korony drzew w ogóle nie wywoływał jego zaniepokojenia.

Trasa ich wędrówki przeplatana była bezowocną pogonią za zdrowymi i sprytnymi zwierzętami, ale i regularnymi jednak sukcesami, przekładającymi się na natychmiastową gratyfikację w postaci obfitego posiłku, który zatrzymywał ich na kilka godzin. W polowaniach tych osiągnęli zresztą dużą sprawność. Rozumieli się wszyscy bez zbędnych gestów i dźwięków. Jedno zastrzyżenie uszami natychmiast przykuwało uwagę wszystkich. Jedno spojrzenie kierowało uwagę sfory natychmiast we wskazany punkt. Zapach zwierzyny wyczuwali z coraz większej odległości. Każdy wiedział jaka jest jego rola, jak ważne jest dyskretne osaczenie ofiary i zbliżenie się niej niezauważonym na jak najmniejszą odległość. Ale to na jego sile, zwinności, sprycie polegała cała wataha, bo jego ostatecznym zadaniem było dopaść i zabić ofiarę.

Zwykle kończyli jeść, kiedy pojawiały się pierwsze symptomy świtu. We mgle, unoszącej się nad zalesionymi wzgórzami, po których wędrowali, przysypiali zmęczeni wyprawą, nocnymi łowami, dodatkowo pozbawieni energii przez wypełnione do syta żołądki.

Jego rola w sforze była dla wszystkich oczywista. Pierwszym spojrzeniem przerywał wszelkie niesnaski pomiędzy wilkami. Jego rodzeństwo i dwa wilki spoza rodziny, wszyscy respektowali jego pozycję. Nawet jego niedawny rywal w całości podporządkował mu się i wręcz przesadnie, jawnie demonstrował swoje podporządkowanie. To on pierwszy rozpoczynał jedzenie, to on, kiedy słońce przestawało już najbardziej dokuczać, decydował kiedy wyruszali w dalszą drogę. Kiedy wędrowali, z przyjemnością przeprawiali się przez płytkie rzeki, których gęsta sieć pokrywała teren ich wędrówki, chłodząc w nich przy okazji zmęczone mięśnie i łapczywie zaspokajając pragnienie.

Chłonął wszystkimi zmysłami wszystko, co go otaczało. Odkąd odszedł z ludzkiej zagrody, jakby mocniej odczuwał wszystkie zapachy lasu, promienie słońca, które przebijały się przez korony drzew i plamy cienia, które pozwalały skrycie i w przyjemnym chłodzie przekradać się przez zbyt otwarte przestrzenie. Zmęczenie wysiłkiem i energię do działania. Przyspieszone tętno, kiedy polował, i dokuczliwe echa wcześniejszych ran, kiedy w wilgotny poranek przewracał się z boku na bok.

Wyczuwał też najdrobniejsze zmiany u swoich współtowarzyszy. Chęć do zabawy, drobne konflikty, zazdrość, strach, zmęczenie, wszystko to w subtelny sposób odbijało się w ich zapachach, które chciwie wciągał i rozumiał najlepiej z nich wszystkich. Żył wszystkim, co działo się wokół niego i z nim. Dopełniało się to jakoś nawzajem i układało w spokojny, harmonijny obraz. Każdy dzień był przewidywalnie podobny do poprzednich. Wszystko miało swoje miejsce i czas. Kontrolował to, co potrzebował kontrolować, a ze spokojem przyjmował każdą swawolę swoich wilków, kiedy tylko miał kaprys pozostawienia im swobody. Nie miał żadnych naturalnych wrogów i nie napotykali też śladów żadnych ludzi, którzy mogliby ewentualnie stanowić zagrożenie albo budzić złe wspomnienia. A jednak, z jakiegoś nierozpoznanego przez jego instynkt powodu, nie potrafił się tym cieszyć, tylko odczuwał narastający... niepokój...

Marcin Balicki
PRZECZYTAJ JESZCZE
Koronawirus
pomorskie
536
zobacz mapę / szczegóły
Zamów Tort na Dzień Matki reklama
REKLAMA

Kalendarz Wydarzeń / Koncertów / Imprez w Chojnicach